W ubiegłym roku, z powodu wysokiego stanu wody, nie zostało skoszone ogromne pole słoneczników. Choć dla właściciela była to duża strata, dla ptaków – prawdziwy raj. Hektary słoneczników, pełne wysokokalorycznych nasion to niewątpliwy przysmak wielu gatunków – nic więc dziwnego, że gdy nadeszła zima, miejsce to przyciągnęło dziesiątki tysięcy ptaków. Najliczniejsze były jery, szczygły i dzwońce, a pomiędzy nimi dało się także wypatrzyć zięby, mazurki i makolągwy. Ogrom ptaków wróblowatych przyciągnął z kolei wiele drapieżników. Na uschniętych główkach słoneczników czatowały myszołowy i pustułki, wypatrujące słabszych lub nieuważnych łuszczaków. Pomiędzy słonecznikami przemykały jastrzębie i krogulce, a na niebie latały sokoły wędrowne i drzemliki, pojawiające się niespodziewanie i spadające jak grom z jasnego nieba. Co pewien czas na stołówce gościł też błotniak zbożowy, który szybując nad polem wypatrywał ofiary. Zdarzało się, że w przeciągu dosłownie kilku minut nad polem mogłem zaobserwować wszystkie wymienione gatunki drapieżników. Dla mnie, jako fotografa, to miejsce było wręcz wymarzonym miejscem do zdjęć, a ponieważ znajdowało się w mojej okolicy, mogłem odwiedzać je dosyć często.

Podczas wizyt na polu słoneczników starałem się dokumentować wszystkie gatunki zwierząt, które tam się pojawiały, jednak zdecydowanie najwięcej uwagi poświęciłem jerom. Miały w sobie coś wyjątkowego. Na pierwszy rzut oka są to bardzo kolorowo ubarwione ptaki, a ich jaskrawy pomarańcz wydaje się wręcz niepraktyczny, ponieważ przez to łatwiej zostać wypatrzonym przez drapieżnika. Tak myślałem, dopóki nie zobaczyłem jak znakomicie to ubarwienie zgrywa się z kolorystyką uschniętych słoneczników. Na ich tle jery były doskonale zamaskowane i tylko szelest rozłupywanych nasion słonecznika oraz dochodzące z każdego kierunku dźwięki, uświadamiały mi jak wiele ptaków znajduje się w głębi pola. By sfotografować je z bliskiej odległości wystarczyło poczekać w bezruchu kilkanaście minut. Stado ptaków niczym fala przemieszczało się do kolejnych słoneczników i po chwili było wszędzie dookoła mnie. Co jakiś czas z góry, niczym pocisk, spadał sokół i wywoływał poruszenie w okolicy. Wszystkie ptaki podrywały się i tworzyły chmurę, która przybierała rozmaite kształty i zmieniała kierunki z niesamowitą prędkością. Dla sokoła było to duże utrudnienie, ponieważ ciężko mu było skoncentrować się na jednym celu. Czasami kilka pojedynczych stad łączyło się w jedno wielkie, a gdy przelatywały mi nad głową, robiło się ciemniej, co za każdym razem wywierało na mnie ogromne wrażenie.

Wśród tych tysięcy ptaków, pewnego dnia zaobserwowałem jednego prawie całkowicie białego. Mignął on mi przed oczami przez krótką chwilę i zniknął w głębi pola. Poświeciłem pół dnia, aby go odnaleźć i zrobić choć jedno pamiątkowe zdjęcie. Wytrwałość kolejny raz opłaciła się – w końcu się udało! Drzemlik przepłoszył stado łuszczaków w moją stronę i szczęśliwie znajdował się wśród nich ten wyjątkowy, biały osobnik. Zdążyłem zrobić kilka zdjęć, zanim ptak poleciał dalej. Po ich analizie sądzę, że był to melanistyczny szczygieł – wskazuje na to budowa jego dzioba, gdyż dziób jerów jest bardziej masywny i mniej szpiczasty. Po pewnym czasie w oddali zobaczyłem polującego sokoła wędrownego. Jeden ptak oddalił się ze stada i szybko został wypatrzony przez drapieżnika. Nie minęło kilka sekund, a już był w jego szponach. Udało mi się zrobić kilka dokumentacyjnych zdjęć, które pomimo dalekiej odległości wydają się potwierdzać, że sokół złapał właśnie melanistycznego szczygła – od tego czasu białego ptaka już nie widziałem.

Mimo, że już przy pierwszej wizycie zgromadziłem sporo cennego materiału fotograficznego, pole słoneczników odwiedzałem przez wiele dni z rzędu. Zawsze staram się maksymalnie wykorzystać potencjał miejsca –  w pierwszym dniu wszystko jest dla mnie nowe, a im więcej czasu spędzę na danym terenie, tym lepiej znam jego charakterystykę. Wiem, gdzie jest najlepsze światło w określonej porze dnia, gdzie zwykle przebywają ptaki, z którego kierunku najczęściej nadlatują sokoły i gdzie najlepiej się ustawić, aby uzyskać ciekawe tło.  Po kilku dniach przychodzą mi do głowy nowe pomysły na zdjęcia. Zaczynam zastanawiać się, jak na podstawie zgromadzonych informacji sfotografować dany temat w inny sposób, aby zdjęcia były różnorodne i wyjątkowe. Pewnego razu wpadłem na oryginalny pomysł.

Był zachód słońca i idealne światło, lecz wszystkie jery zostały przepędzone przez sokoła wędrownego na drugi koniec pola. W oczekiwaniu na ich powrót przyszła mi do głowy myśl, że słoneczniki z perspektywy jerów muszą wyglądać niczym las ogromnych drzew. Nie miałem przy sobie wtedy obiektywu szerokokątnego, aby zobaczyć, jak takie ujęcie wygląda z niskiego poziomu. Na szczęście w takich sytuacjach z pomocą przychodzi mi telefon, który jest doskonałym narzędziem do sprawdzania, czy miejsce ma potencjał fotograficzny. Ustawiłem telefon na śniegu i uzyskałem wyjątkowy efekt – z tej perspektywy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Łodygi słoneczników tworzyły niesamowitą głębię i przypominały las. Brakowało tylko ptaków. Zadowolony z pomysłu na kadr, wróciłem do domu i całą noc obmyślałem, jak sfotografować jery z bliskiej odległości.

Na drugi dzień wcześnie rano byłem już na polu słoneczników – tym razem z obiektywem szerokokątnym i wyzwalaczem radiowym. Plan był teoretycznie prosty – ustawić zamaskowany aparat na śniegu, oddalić się i liczyć, że jery przylecą. Problem w tym, że pole było ogromne i ptaki miały do wyboru bardzo dużą przestrzeń do żerowania. Większość słoneczników było prostych i wysokich, część kwiatów przechylona, a jeszcze inne tak złamane, że ich główki dotykały ziemi. Ptaki najchętniej żerowały na tych niezłamanych, wysokich kwiatach, ponieważ dostęp do ziaren był tam najłatwiejszy. Z góry miały też dobry widok na całą okolicę i mogły szybciej zareagować w przypadku ataku sokoła. Cześć ptaków żerowała także na dole, wyjadając nasiona, które spadły na śnieg.

W jednej części pola znajdowało się więcej złamanych słoneczników, a część z nich prawie dotykała ziemi. Dodatkowo na śniegu było mnóstwo śladów i wydłubanych ziaren. Był to bardzo dobry znak. Postanowiłem ustawić aparat właśnie w tym miejscu. Odpowiednio przygotowany, miałem ze sobą obiektyw szerokokątny o ogniskowej 10mm oraz bezlusterkowiec z elektroniczną migawką, która jest szczególnie ważna w przypadku fotografowania z bliskiej odległości, ponieważ jest bezgłośna i nie straszy zwierząt. Wybrałem kompozycję, zamaskowałem aparat śniegiem i otuliłem zeschłymi słonecznikami. Przysłonę przymknąłem do f/22, aby zarówno pierwszy, jak i ostatni plan był ostry. Ostrość ustawiłem ręcznie na około 20cm od obiektywu. Na końcu podłączyłem wyzwalacz radiowy. Jego zasięg to około 50m – wystarczająco dużo, aby nie stanowić zagrożenia dla ptaków. Pozostało oddalić się na bezpieczną odległość i cierpliwie czekać na rozwój wydarzeń.

Kwadrans mijał za kwadransem, lecz ptaków wciąż nie było. Zacząłem zastanawiać się nad sensem mojego misternego planu wątpiąc, czy z ogromnego pola obsypanego słonecznikami ptaki wybiorą akurat ten mały skrawek, na który mam wycelowany obiektyw. W pewnym momencie zobaczyłem na niebie sokoła wędrownego. Był to dobry znak, ponieważ jego obecność zawsze wywołuje harmider w okolicy, a wtedy jery zmieniają miejsce żerowania. Jaka była moja radość, gdy po chwili całe stado jerów przyleciało w okolicę, gdzie miałem ukryty aparat! Ptaki były zaledwie kilka metrów od niego. Obiecująco blisko, jednak wciąż niewystarczająco do zrobienia zaplanowanego zdjęcia, gdyż idealna odległość to około 10cm od obiektywu. Tylko wtedy ptaki będą w kadrze wystarczająco duże, aby ładnie wypełnić kompozycję. Sytuację komplikował jeszcze jeden problem – nie miałem podglądu na żywo z wyświetlacza aparatu, a co za tym idzie też pojęcia, jak wygląda obecna kompozycja w aparacie. Mogłem jedynie domyślać się na podstawie tego, co widziałem poprzez lornetkę, ukryty kilkadziesiąt metrów dalej. Cierpliwie czekałem na rozwój wydarzeń. Nie minęło kilka minut, a aparat otoczony był ptakami. Nie mogłem w to uwierzyć! Robiłem zdjęcie za zdjęciem, bo wszystko wskazywało na to, że jery znajdują się w dokładnie tym miejscu, które sobie zaplanowałem. W pewnym momencie zobaczyłem przez lornetkę, że jeden z jerów wylądował tuż przed aparatem i postanowił łuskać ziarno słonecznika… w osłonie przeciwsłonecznej mojego obiektywu!

Po jakimś czasie nad polem znowu przeleciał sokół wędrowny i przepłoszył wszystkie ptaki z obserwowanej przeze mnie okolicy. To był moment, aby sprawdzić efekty w aparacie. Na szczęście wężyk radiowy nie zawiódł i migawka była wyzwalana. Gdy przeglądałem zdjęcia, cieszyłem się jak dziecko. Udało mi się zrobić zdjęcie dokładnie takie, jakie sobie zaplanowałem. Okazało się też, że kiedy jeden z jerów usiadł mi w osłonie obiektywu, pobrudził jego przednią soczewkę. Niestety od tego momentu wszystkie kolejne zdjęcia miały plamy i zacieki. Nie miało to jednak znaczenia – ważne, że miałem to jedno zaplanowane zdjęcie.W dalszej części dnia próbowałem jeszcze zmieniać ustawienie aparatu i kompozycję, lecz jery nie żerowały już tak blisko. Ze wszystkich zdjęć zrobionych obiektywem szerokokątnym wybrałem kilka, a jedno z nich podoba mi się najbardziej – zatytułowałem je „Uczta”.

W kolejnych dniach także odwiedzałem słonecznikowy raj i próbowałem powtórzyć sytuację z bliskim spotkaniem z jerami – niestety nie udała mi się już ta sztuka. Dodatkowo zmieniła się pogoda i ciepły front stopił cały śnieg. Dla ptaków był to jakby znak mówiący o zbliżającej się wiośnie. W kolejnych dniach wszystkie jery zniknęły i rozpoczęły swoją podróż na północne lęgowiska. Została tylko garstka szczygłów, która następnego dnia także odleciała. Na polu słoneczników zrobiła się cisza, tak niepodobna do tego miejsca. Zostały tylko wspomnienia i zdjęcia zapisane na karcie aparatu.

Jestem przekonany, że jednym z głównych czynników, który zadecydował o ciekawych zdjęciach było to, że pole znajdowało się w mojej najbliższej okolicy. Dzięki temu byłem w stanie odwiedzać je wiele razy, a z każdym kolejnym dniem, miałem w głowie nowe pomysły na zdjęcia.

Jeżeli pracujecie nad jakimś tematem, gorąco Was zachęcam, aby nie poprzestawać na jednym dniu fotografowania. Nawet, jeżeli już tego dnia zrobicie wiele świetnych zdjęć. Z doświadczenia wiem, że po dłuższym czasie spędzonym w danym miejscu, zaczyna się patrzeć na nie z innej perspektywy i dostrzegać możliwości zrobienia jeszcze ciekawszych i różnorodnych zdjęć.

Właśnie dlatego uwielbiam pracować lokalnie. Dzięki temu jestem w stanie częściej bywać na danym obszarze i dobrze poznać zwierzęta tam występujące, nawet jeśli są to tylko pospolite gatunki. Nie ma dla mnie znaczenia, czy fotografuję rzadko spotykaną sowę, czy pospolitą sikorkę bogatkę. Uważam, że każde zwierzę ma w sobie to coś i jest warte sfotografowania. Czasami trzeba jedynie spędzić z nim więcej czasu, aby dostrzec jego piękno. Pomysł na ciekawy kadr przyjdzie sam z siebie. Pozostanie tylko nacisnąć spust migawki i zrobić to jedno, wyjątkowe zdjęcie.